Strona główna KULTURA, SZTUKA I ROZRYWKA Emocje wcielone w ciało i duszę. Janusz Kruciński – energetyczna osobowość

Emocje wcielone w ciało i duszę. Janusz Kruciński – energetyczna osobowość

Janusz Kruciński – aktor, wokalista. Znany z musicali takich jak: „Jekyll & Hyde”, „Evita”, „Les Misérables” . Karierę aktorską rozpoczął w rabczańskim Kabarecie Artura I., w 1994 r. Wędrując przez sceny Chorzowa, Gdyni, Szczecina, Warszawy dotarł do teatru Muzycznego Roma i Teatru Muzycznego w Poznaniu. Wokalista zespołu Ordalia. Powietrze wokół niego drży od nadmiaru emocji, a on sam przyznaje, że jego stan emocjonalny to ciągła huśtawka.

2179
PODZIEL SIĘ

Jak sprawdzić czy widzowie są poruszeni podczas spektaklu?
To się czuje. Po latach pracy czuje się czy atmosfera jest, czy jej nie ma. Jeżeli wszystko, co składa się na życie widowni wypełnia muzyka ciszy i skupienia, to znaczy, że nasz przekaz dociera.

Czuje Pan te fale?
Tak. Na tym bazuje chyba każda dziedzina sztuki – przepływ fluidu, energii. Można to znaleźć w najpiękniejszych dziełach muzycznych, najpiękniejszych obrazach, filmach, teatrze. Kiedy pojawia się ten cudowny chemiczny związek, który powoduje, że człowiek się zatrzymuje i zapada w to, co widzi, słyszy… to jest to! Wtedy wiadomo, że ktoś, kto tworzy sztukę, może powiedzieć: „Zrobiłem to dobrze i chyba coś w tym jest, bo widz się zatrzymał, kogoś to poruszyło, ktoś się zastanowił i może coś pozytywnego z tego wyniknie”. Tak to czuję. W warunkach takiego teatru jak Teatr Muzyczny w Poznaniu jest jeszcze dodatkowy element, którym jest maleńka kubatura. Jesteśmy z widzem bardzo blisko i siłą rzeczy, czy chcemy czy nie, mamy szansę nawiązać kontakt wzrokowy ze sporą częścią widowni – skupione spojrzenia z iskierką w oczach, które wyłapują wszystko, co płynie od aktorów ze sceny.

Taka kondensacja emocji chyba nie jest w stanie całkowicie opuścić Pana zaraz po spektaklu. Co Pan robi, żeby z Pana uleciały?
Prawda jest taka, że wszystko zależy od stanu zmęczenia. Jest on różny: inaczej jest kiedy przygotowuje się spektakl, inaczej kiedy gra się w jakimś ciągu. Zawsze są to straty, że tak powiem „ubytki w ludziach”. Mówię w liczbie mnogiej, bo jestem przekonany, że występuje to u wszystkich pracujących w tym zawodzie uczciwie. Zdarzają się też tacy, którzy po prostu ściągają kostium i wtedy są już gotowi na „powrót do życia”. Ci z nas, którzy z przekonania wykonują ten zawód, zawsze wychodzą rozmontowani, rozklekotani i zanim się to wszystko z powrotem pozbiera w całość musi minąć trochę czasu. Organizm potrzebuje chwili na rozładowanie choćby samej adrenaliny, która towarzyszy spektaklowi.

Widz po spektaklu, nawet poruszony, uśnie szybciej niż Pan, bo Pan musi uwolnić z siebie emocje.
To kwestia wrażliwości widza. Znam takie osoby i słyszałem o takich przypadkach, kiedy ludzie byli do tego stopnia poruszeni tym, co widzieli na scenie, że mieli problem z zaśnięciem przez parę dni – cały czas zastanawiali się, cały czas mózg pracował, a może bardziej dusza. Ogólna tendencja jest taka, że my, ludzie sceny, mamy pod tym względem bardziej pod górę i musimy mieć więcej wyrozumiałości dla swojego umysłu, duszy i ciała – musimy dać sobie czas na wyhamowanie.

I nie zgadza się Pan z tym, że aktor powinien mieć jednocześnie niesamowite pokłady odczuwania w bardzo różnych sferach, częstotliwościach, a jednocześnie umiejętność pozbywania się tych odczuć z siebie?
Uczciwie mogę odpowiedzieć tylko za siebie. Jedną z moich cech charakteru jest nadwrażliwość emocjonalna, dlatego nie potrafię się od emocji oderwać. Oprócz tego, że chciałbym w jakiś sposób poruszać ludzi, to traktuję mój zawód jako formę terapii. Nie potrafię zrzucić z siebie emocji, niczym płaszcza, bo one żyją we mnie. I nieustannie bawią się na wielkiej huśtawce. Co prawda postawiłem sobie za punkt honoru i za cel, aby być człowiekiem opanowanym w każdej sytuacji i zazwyczaj to mi się udaje, ale dużo mnie to kosztuje (uśmiech).