Strona główna FELIETON Jan Matul. Felieton: Ratownik medyczny zawód wysokiego ryzyka

    Jan Matul. Felieton: Ratownik medyczny zawód wysokiego ryzyka

    5150
    PODZIEL SIĘ

    Artykuł ukazał się w Medical Maestro Magazine, Vol. 11, s./p. 1333-1480

    „Atak nożownika na ratownika medycznego”, „Brutalny atak na ratownika medycznego”, „Ratownik medyczny znokautowany w Zabrzu”, „Atak z siekierami na karetkę!”, „Atak na ratowników medycznych w Grudziądzu” – to tylko kilka pierwszych z brzegu (ba, z pierwszej strony wyszukiwarki) tytułów artykułów z ostatnich miesięcy, poświęconych napaściom na ratowników medycznych w Polsce. W ostatnim czasie ta profesja stała się w naszym kraju zawodem wysokiego ryzyka! Przypadki nie są jednostkowe, zdarzają się nagminnie, w miastach i w mniejszych miejscowościach. Pół biedy, jeśli ratownicy usłyszą to i owo pod swoim adresem, choć miłe to nie jest, ale zdarza się, że wita ich… maczeta, siekiera, a nawet broń palna (taką przyłożył ratownikowi do głowy pewien zamroczony angielski rozrabiaka) czy samurajskie miecze (przypadek dotyczy Krakowa, o dziwo nie chodziło o japońskiego turystę, który wpadł w szał…).

    Kilka miesięcy temu rozgorzała nawet dyskusja czy ratownicy medyczni powinni dostać służbowe paralizatory lub broń? Sami zainteresowani generalnie skłaniali się ku temu, by pozostawić obecny stan rzeczy – posiadanie broni może i podnosi na duchu, ale też w sytuacji kryzysowej łatwo się po nią sięga. Czasem za łatwo, a nadinterpretacja (na przykład w przypadku osoby zamroczonej dopalaczami czy zaburzonej psychicznie) mogłaby mieć bardzo przykre konsekwencje dla obu stron. Według ankiet ratownicy woleliby mieć więcej profesjonalnych zajęć doszkalających, na których uczono by ich mediacji i radzenia sobie z trudnymi przypadkami, a w razie sytuacji patowej po prostu zawiadomić odpowiednie służby. Trzeba też przyznać, że w kilku szczególnie niebezpiecznych miejscach rękę wyciągnęła policja czy straż miejska, organizując ratownikom szkolenia z zakresu samoobrony. Wciąż natomiast brakuje rozwiązań podobnych do tych z Wielkiej Brytanii: każda osoba, która zaatakowała ratownika, wciągana jest tam do specjalnej bazy danych, jeśli kolejny raz zostaje wysłana do niej karetka, podąża za nią radiowóz (podobna eskorta towarzyszy ratownikom nocami w szczególnie rozrywkowych dzielnicach).

    Kto atakuje i dlaczego? Ogromna większość to osoby nietrzeźwe, po zażyciu dopalaczy, narkotyków, a także ich kompani, którzy próbują „odbić” delikwenta przed zabraniem do karetki. Szarpaniny zdarzają się też z odwrotnych powodów: gdy ratownicy nie chcą zabrać poszkodowanego lub kogoś, kto mu towarzyszy (a przecież on wie lepiej, że musi do szpitala). Czasem jest to wyraz frustracji – że za późno, według oczekującego, przyjechała karetka, że nie spieszą się na schodach, że za wolno postawiona diagnoza, że bez lekarza, że nie chce się podać leku, który przecież na mur beton zadziała… Niestety, od pewnego czasu spada prestiż zawodu ratownika medycznego. Duży wkład mają w to media, rozdmuchujące jednostkowe przypadki zaniedbań ze strony załóg karetek, które przeciętny człowiek „rozciąga” na wszystkich przedstawicieli zawodu. Zawodu, który zazwyczaj wykonywany jest z pasją i z pasji, w trudnych warunkach, na kilkudziesięciogodzinnych często dyżurach (ratownicy kontraktowi), które i tak kokosów raczej nie zapewniają…

    Skala problemu powinna wymusić w najbliższym czasie konkretną akcję społeczną. Taką, która uświadomi ludziom, że ratownik medyczny nie jest już, jak pokutują obiegowe opinie (i jak może czasem za komuny bywało), niedouczonym sanitariuszem, bez konkretnego medycznego wykształcenia, który przyjechał, bo lekarzowi się nie chciało. To odpowiednio przeszkolony, wykształcony człowiek, który chce pomóc i przyjechał po to, by ratować czyjeś życie. Ponadto, o czym jakoś zapominamy, w czasie wykonywania obowiązków korzysta z ochrony prawnej przysługującej funkcjonariuszowi publicznemu.

    Jan Matul