Strona główna FELIETON Jan Matul. Felieton: Przychodnia dr. Google’a

    Jan Matul. Felieton: Przychodnia dr. Google’a

    969
    PODZIEL SIĘ

    Jaki jest najbardziej znany doktor świata? Pewnie dr Gregory House. A najbardziej zapracowany? Bez wątpienia dr Google – z jego porad korzysta co trzeci Amerykanin, co czwarty Brytyjczyk i mniej więcej co piąty Polak. Przy takim nawale pracy nic dziwnego, że zdarzają mu się błędnie postawione diagnozy. I to nawet dość często… Według statystyk myli się w co czwartym przypadku, co piąta osoba po wizycie u niego zaczyna podejrzewać u siebie o wiele cięższe schorzenie niż ma w rzeczywistości, co dziesiąta cierpi na skutki uboczne po zastosowanej „google’owej” terapii. No, ale ma dwie zalety – jest tani (opłata jak za prąd albo za pół godzinki w kafejce internetowej) i przyjmuje każdego bez kolejki (chyba że się transfer „wiesza”…).

    Minęły czasy, kiedy każde przeziębienie, grypę czy długotrwałą migrenę można było spokojnie „wyleżeć” i czekać, aż pomogą babcine domowe sposoby albo przejdzie samo (wiadomo: „Katar nieleczony trwa siedem dni, a leczony tydzień”). Dziś każdy żyje na przyspieszonych obrotach: praca, dom, praca, dzieci, praca, praca… Nie ma czasu na czekanie w długich kolejkach na wizytę u lekarza, a jeśli już, to o L-4 zazwyczaj nie ma co marzyć – dostać je można, owszem, ale wykorzystać, widząc wzrok szefa lub słysząc w słuchawce jego lodowaty głos, już jakoś nie bardzo mamy ochotę… Lekarze zresztą już też nie są tacy, jak kiedyś – głośno było wszak o komisji lekarskiej, na której mężczyzna usłyszał, że skoro Justyna Kowalczyk ze złamaną nogą mogła zdobyć złoto w Soczi, to on spokojnie z taką samą przypadłością może pracować… Miejmy nadzieję, że nie był listonoszem…