Strona główna WYWIAD Kucharz pełną piersią – o Tatrach, rosole, baraninie i cudownym kremie z...

Kucharz pełną piersią – o Tatrach, rosole, baraninie i cudownym kremie z buraczków oraz dziczyźnie opowiada Piotr Sabala

Piotr Sabala – znany i ceniony szef kuchni restauracji Mare Monti w Hotelu Grand Nosalowy Dwór w Zakopanem. Jego talent został doceniony podczas wielu kulinarnych konkursów. Zarządza zespołem, gotuje i z pasją karmi najbardziej wymagających gości. Zdradza przepis na tradycyjny rosół, opowiada o emocjach w kuchni, ciężkiej pracy i swojej pasji.

2430
PODZIEL SIĘ

Magdalena Szumska: Babcia też była związana z kuchnią?
Nie, ale powiem szczerze, że rewelacyjnie gotowała! Karmiła fenomenalnie, uczciwa kuchnia. Babcia była przekochana, była takim żandarmem na straży pięciu synów i wnuków, trzymała dyscyplinę.

Magdalena Szumska: Chcieliście jej pomagać, czy tylko wyjadać?
Chcieliśmy pomagać, ale wiadomo, jak pomoc małych dzieci się kończy (śmiech).

Magdalena Szumska: Kiedy Pan wyprodukował pierwsze danie?
Miałem kilka lat, byłem mały, pamiętam, jak ojciec cieszył się, patrzył i mówił, że rośnie mu kucharz.

Marcin Szumski: Jakie to było danie?
Powiem szczerze, że już nie pamiętam. Wiem, że jak byłem bardzo małym dzieckiem, to robiłem tatara, mieliłem na maszynce ręcznej. Lubiłem pomagać, jeszcze bardziej lubiłem jeść, byłem pulchnym dzieckiem. Później, w okresie, kiedy szukałem żony, zrobiłem się przystojny, ładny (śmiech).

Magdalena Szumska: I znalazł Pan żonę?
Znalazłem, do tuszy się przyzwyczaiła, od ślubu minęło już kilkanaście lat, zaakceptowała to, jaki jestem.

Magdalena Szumska: Dokarmia Pan żonę?
Tak.

Marcin Szumski: A w domu kto gotuje?
Kiedy jestem w domu, to ja gotuję, żona musi jednak powiedzieć, co mam ugotować. Najgorzej jest z wymyślaniem, prawda? Czasami mówi: „ugotuj, co chcesz”. Jak „co chcesz”, to gotuję to, co najprostsze, na przykład kotlet czy pomidorową.

Magdalena Szumska: Jak to jest z wyjściem do restauracji, Pan bardzo dużo wie, zna kuchnię od kuchni?
Mam swoje ulubione restauracje, do których chodzę, mam swoich przyjaciół, do których jeżdżę i stołuję się. Jestem pewien, jadąc tam, że wszystko jest dobrze. Nawet w Zakopanem mam ulubioną restauracyjkę, gdzie kelnerki są moimi znajomymi, gdzie przychodzę i mówię: „pani Krysiu, goloneczkę bym zjadł”. Reakcja jest taka: „nie dzisiaj”. Znajomości, które zdobywamy przez rynek gastronomiczny, są świetne, bo dzięki temu nie mamy zatruć, dobrze się czujemy, idziemy „na miasto”.