Strona główna WYWIAD Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Oboje urodzili się w 1931 r. On w Wielkopolsce w rodzinie chłopskiej, Ona w Warszawie w rodzinie robotniczej. Poznali się przez przypadek podczas pierwszego roku studiów medycznych w Czechach. Oboje uzyskali tytuły profesorskie, lecz z różnych dziedzin medycyny. Obecnie przebywają na zasłużonej emeryturze. Sami mówią o sobie, że są ludźmi sukcesu. Dzięki ciężkiej pracy, ambicji i pasji do tego, co robili, osiągnęli bardzo wiele, zarówno na polu naukowym, jak i zawodowym.

2154
PODZIEL SIĘ

A.K.: Czyli coraz częściej liczy się pieniądz?
A.D.: Oczywiście, ze smutkiem to obserwuję. Ludzie w konsumpcyjnym społeczeństwie mają nieograniczone potrzeby. Nie da się określić, ile danemu człowiekowi się należy, by uznał, że to już wystarczy. Wniosek z tego jest prosty. Pracujemy ponad siły; w absurdalnej pogoni za dobrami materialnymi nawet nie zauważamy dehumanizacji naszego pięknego zawodu lekarskiego, bo liczy się przeważnie (albo wyłącznie) pieniądz. Warto skupić się na tym, o czym mówili już filozofowie: „nie chciej więcej ponad potrzeby”. Ale każdy określa swoje potrzeby według innej miary, a obowiązywać powinna zasada umiaru i wyższych wartości kulturowych.

A.K.: Czyli w dzisiejszych czasach liczą się przede wszystkim kwestie finansowe i kariera?
A.D.: Kariera to co innego. Człowiek może mieć ambicję, by osiągnąć w swoim życiu więcej niż przeciętna jednostka.

dziatkowiak2

A.K.: Według młodego pokolenia – nie tylko lekarzy, często kariera postrzegana jest przez duże K. I nie łączy się jej tak bardzo z osiągnięciami naukowymi. Większość młodych osób myśli tak: „Rozpocznę dobrze płatną pracę, otworzę własny gabinet, będę dużo zarabiał i właśnie w ten sposób zrobię karierę”. Pan Profesor w swoich wypowiedziach, również w autobiografii, bardzo odbiega od takiego myślenia.
A.D.: Dla mnie nie pieniądze, a sfera rodzinna i pasja zawodowa są najważniejsze. Co nie wyklucza konieczności zarabiania na utrzymanie tej sfery i na realizację pasji. Z żoną pobraliśmy się w roku 1953 jako biedni studenci medycyny. Urodziła się jedna córka, potem druga. Żona pozwoliła mi piąć się w karierze i tego się nie wstydzę – w zawodzie kardiochirurga uzyskałem pozycję powyżej przeciętnej. Zasługą żony jest to, że córki są dobrze wychowane i wykształcone – obie są lekarkami. Ja nie byłem tego w stanie zrobić, bo albo jedno, albo drugie! A gdybym chciał pogodzić jedno z drugim, to nie mielibyśmy naszych wspólnych osiągnięć. A wracając do spraw materialnych, uważam, że lekarze, zwłaszcza kardiochirurdzy, powinni być za swoją ciężką i odpowiedzialną pracę godziwie wynagradzani: co najmniej trzykrotną średnią krajową, bo na tyle tylko obywatel wycenia swój los w przypadku utraty zdrowia i zagrożenia życia.

A.K.: Jak wyglądała zatem Pana droga do sukcesu  medycznego? Jak doszło do przełomu w historii kardiochirurgii?
A.D.: Jako młody lekarz musiałem się wpierw wyspecjalizować w chirurgii ogólnej, bo takie były wymogi. W Europie w latach 1945-1960 jeszcze nie było specjalności takich jak torakochirurgia, kardiochirurgia, kardiologia. Owszem, byli lekarze interniści, którzy zajmowali się chorobami serca. Dopiero w latach 60. ub. wieku powstała torakochirurgia jako specjalność wyodrębniona z chirurgii, a później kardiochirurgia i transplantologia. Musiałem więc najpierw uzyskać specjalizację z chirurgii ogólnej, a potem z chirurgii klatki piersiowej – byłem torakochirurgiem. Dopiero później zostałem kardiochirurgiem i transplantologiem. Motorem rozwoju kardiologii była wówczas kardiochirurgia. Kardiolodzy, czyli w owych czasach interniści, którzy się interesowali chorobami układu krążenia, nie cewnikowali serca, bo się bali i nie zakładali rozruszników serca, bo nie umieli. Te zabiegi wykonywali kardiochirurdzy: profesor Moll cewnikował serca osobiście, ja również. Warunki pracy były nieporównywalnie trudniejsze. Przy pierwszym w Polsce cewnikowaniu lewej komory serca, które odbyło się w 1957 r. w Zakładzie Radiologii AM w Szpitalu Miejskim im. J. Strusia w Poznaniu, uczestniczyło aż piętnaście osób. Profesor Moll sam wkładał cewnik do żyły i popychał go do przodu w kierunku serca, a dr Halina Kaysiewicz-Gracz na jego komendę obracała cewnik w prawo, natomiast dr Konstanty Sokołowski w lewo. Opiekę anestezjologiczną sprawowała dr Barbara Łukomska wraz z dr Donatą Jedlińską. Radiolog dr Henryk Tyborski „wisiał” na pasach nad ekranem RTG, a drugi radiolog – dr Jan Dobek, był pod stołem RTG i obydwaj  śledzili drogę cewnika do lewej komory serca. Wszyscy się bali, że jak cewnik wejdzie do lewej komory, to serce zamigocze i chory umrze. Okazało się to nieprawdą! Myśmy wtedy jednak o tym nie wiedzieli, bo to było pierwsze w Polsce wprowadzenie cewnika do lewej komory serca. Ja, jako młody asystent, zerowałem aparat „Alvar” i mierzyłem ciśnienie w lewej komorze. To było wielkie przeżycie. Zresztą w latach 50. i 60. ub. wieku prawie wszystko, co w Polsce wdrażaliśmy w kardiochirurgii, było przełomowe i bardzo ryzykowne, bo wykonywane po raz pierwszy.

A.K.: Pani Profesor, a jak wyglądała Pani droga od pediatrii do diabetologii?
Hanna Dziatkowiak: Gdy w 1957 roku skończyłam studia, nie mogłam znaleźć pracy. Wówczas także nie było to łatwe. Wtedy w Poznaniu panowała epidemia grypy i udało mi się znaleźć pracę w pogotowiu grypowym. Rano zachodziłam do przychodni na Jeżycach, wręczano mi listę z nazwiskami i adresami około 30 chorych; przez cały dzień jeździłam karetką pogotowia do ich domów i udzielałam pomocy lekarskiej. W jednym z domów zastałam nieżywego młodego mężczyznę, który kilka dni wcześniej zachorował właśnie na grypę i zmarł kilka minut przed moim przybyciem. Nie wiem, czy gdybym zaczęła wizyty od niego, to mogłabym go uratować. To nieszczęście nauczyło mnie na całe życie, że grypa bywa bardzo niebezpieczną chorobą. Po roku pracy w tej przychodni postanowiłam specjalizować się w internie. Było to możliwe jedynie poprzez wolontariat, to znaczy pracę bez wynagrodzenia. Udało mi się uzyskać zgodę kierownika Kliniki Chorób Wewnętrznych na wydłużony czas specjalizacji w ramach wolontariatu. Miałam pracować w Klinice od 8.00 do 12.00, po czym do 17.00 pracowałam jako lekarz Zakładów Cukierniczych „Goplana”. Do pracy z osobami dorosłymi zniechęcili mnie pracownicy „Goplany”, a były to przeważnie kobiety, które przychodziły do zakładowej przychodni lekarskiej i skarżyły się na przeróżne dolegliwości. Byłam młodym lekarzem, a przejęta losem moich pacjentek, starałam się im, na ile mogłam, pomóc, a wieczorem w domu nie jeden raz zastanawiałam się, czy przypadkiem czegoś nie przeoczyłam. Po jakimś czasie okazało się, że moim chorym chodziło tylko o kilka dni zwolnienia lekarskiego na jakieś większe prace domowe. Czułam się oszukiwana i lekceważona. Po dwóch latach doszłam do wniosku, że przejdę do pracy z dziećmi, które przecież nie kłamią. Z pomocą przyjaciół otrzymałam wówczas pełny etat w ogromnym Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym im. Bolesława Krysiewicza w Poznaniu. Było w nim ponad 600 łóżek dla dzieci i pełne możliwości specjalizacji oraz stażów we wszystkich wymaganych działach pediatrii. Była to dobra i rzetelna nauka zawodu oraz twarda szkoła życia. Po zdaniu pierwszego stopnia specjalizacji z pediatrii przenieśliśmy się z całą rodziną do Łodzi, gdzie już trochę wcześniej zaczął pracować mój mąż w Klinice Kardiochirurgii pod kierunkiem prof. Jana Molla. W 1967 r. uzyskałam etat w Klinice Pediatrii, która słynęła w Polsce jako ośrodek leczenia dzieci chorych na cukrzycę. Tam poznałam dr Alinę Margolis – niezwykłą kobietę i znakomitą lekarkę, która wdrożyła w Polsce nowoczesne, jak na tamte lata, metody leczenia dzieci z cukrzycą. Ona też jako pierwsza wprowadziła edukację chorych dzieci i ich rodziców w zakresie zasad leczenia cukrzycy w domu. Powoli adaptowałam się do warunków nowego miejsca pracy i zaczęłam przygotowywać doktorat z pulmonologii dziecięcej. W 1968 r. dr Margolis wyemigrowała do Francji, a mój szef prof. Stanisław Nowak polecił mi, abym na  krótko zastąpiła w Poradni Cukrzycowej lekarkę do czasu zorganizowania nowego zespołu. I jak to w życiu bywa, co tymczasowe, to najbardziej trwałe: „wsiąkłam” w diabetologię. Znalazłam się wśród niezwykłych, dzielnych małych i dużych pacjentów, którym choroba włożyła ogromny ciężar na barki, ciężar na całe życie. Do końca mej zawodowej pracy pozostałam wierna tym dzieciom i z całej siły, wiedzy i umiejętności starałam się „ich ciężar” uczynić lżejszym, by mogły żyć normalnie, długo i bez powikłań.