Strona główna WYWIAD Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Oboje urodzili się w 1931 r. On w Wielkopolsce w rodzinie chłopskiej, Ona w Warszawie w rodzinie robotniczej. Poznali się przez przypadek podczas pierwszego roku studiów medycznych w Czechach. Oboje uzyskali tytuły profesorskie, lecz z różnych dziedzin medycyny. Obecnie przebywają na zasłużonej emeryturze. Sami mówią o sobie, że są ludźmi sukcesu. Dzięki ciężkiej pracy, ambicji i pasji do tego, co robili, osiągnęli bardzo wiele, zarówno na polu naukowym, jak i zawodowym.

2884
PODZIEL SIĘ

M.S.: Czym była ta niezwykłość pacjenta diabetologicznego?
H.D.: Przywykliśmy, że człowiek chory powinien spełniać ściśle zalecenia terapeutyczne lekarza. Tymczasem cukrzyca jest chorobą całej przemiany materii węglowodanowej, tłuszczowej i białkowej, w której wahania poszczególnych parametrów są w cukrzycy trudne do przewidzenia. Dotyczy to zwłaszcza poziomu glukozy we krwi i zależnych od niej pozostałych ww. przemian. Zależą one od dawki przyjętej insuliny, spożytych posiłków i wysiłku fizycznego. I jak pokazało ostatnie dwudziestolecie, jedyną drogą do uzyskania dobrych wyników leczenia chorych na cukrzycę jest nauczenie ich zasad leczenia domowego, codziennego i stworzenie takiej atmosfery w czasie edukacji, aby chory wziął chętnie nauki do siebie, wdrożył je praktycznie w czasie edukacji i pokazał, że potrafi je stosować w praktyce również w życiu. Uczymy dzieci od czwartego roku życia i czynimy w pełni odpowiedzialnymi jeszcze przed okresem pokwitania, a także, jeśli to możliwe, edukujemy rodziców i dziadków (jeśli opiekują się wnukami). Później latami kontrolujemy wyniki leczenia, chwalimy za sukcesy i poprawiamy ew. błędy. Zorganizowaliśmy szkołę edukacji opartej na zasadach domowego leczenia cukrzycy z udziałem 3 pielęgniarek, 2 dietetyczek, psychologa i lekarza. Nauka trwała pierwotnie 2 tygodnie, od 7.00 do 15.00. Ze względu na częste trudności w zwalnianiu rodziców z pracy obecnie skrócono czas edukacji dzieci i rodziców do 5 dni. Wydaliśmy też w tej dziedzinie liczne publikacje dla lekarzy i dla chorych. W 1988 roku spędziłam 3 miesiące w USA, w Children`s Hospital w Pittsburgu, gdzie nauczyłam się nowego sposobu leczenia dzieci z cukrzycą i nowego podejścia z psychologicznego punktu widzenia do tego rodzaju działania. Od lat 90. ub. wieku zaczęłam wdrażać nowe metody edukacji cukrzycowej, które zaczerpnęłam z wiedzy nie tylko amerykańskich, ale też szwajcarskich, niemieckich, włoskich i czeskich ośrodków, uzyskane podczas kursów, szkoleń i zjazdów Europejskiego Towarzystwa Edukacji Diabetologicznej.

A.K.: Państwa córka również wyjechała na stypendium za granicę i po powrocie zaczęła wdrażać w naszym kraju rozwiązania zaczerpnięte z medycyny zachodniej, nieprawdaż?
A.D.: Owszem. Po powrocie w latach 80. z Holandii nasza córka Wanda wdrożyła w krakowskiej klinice kardiochirurgii nowe metody krążenia pozaustrojowego w operacjach na otwartym sercu.

A.K.: Dlaczego Profesor Jan Moll – Pana nauczyciel i mistrz – wybrał akurat Pana Profesora do asystowania przy pierwszym zabiegu przeszczepu serca w Polsce?
A.D.:  Gdy w 1953 r. przyszedłem na Oddział Chirurgii Torakalnej w Poznaniu, byli tam ordynator docent Jan Witold Moll i asystenci: dr Stanisław Pfondt, dr Halina Kaysiewicz-Gracz, dr Konstanty Sokołowski, dr Barbara Łukomska. Byli to lekarze przedwojenni; ja byłem jedynym, który skończył studia po wojnie. Byłem najmłodszym lekarzem. A dlaczego to mnie wybrał Moll? Dokładnie nie wiem, ale był to wybitnie inteligentny człowiek, który miał niesłychanie wyostrzony zmysł obserwacyjny. Jeżeli spotkał młodego człowieka, w którym zauważył  pasję działania, to zaczynał w niego inwestować. Myślę, że tak było również w moim przypadku. Odpowiadając ostatecznie, dlaczego Profesor Moll wybrał właśnie mnie, przypuszczam, że obydwaj przypadliśmy sobie do gustu. On był nieposkromionym, wierzgającym Arabem i ja też (uśmiech).

M.S.: Jako osoba z podpoznańskiej prowincji, z domu niezwiązanego z medycyną, musiał Pan Profesor zapewne dokonać więcej, by nie tylko zaistnieć w zawodzie, ale i wykazać się czymś nieprzeciętnym.
A.D.: Jestem bardzo dumny z tego, że wywodzę się z wielkopolskich chłopów folwarcznych. W całej mojej licznej rodzinie tylko mnie się powiodło i wyszedłem ponad przeciętną.  Nie tylko w rodzinie, ale również w grupie zawodowej moich rówieśników. Moja żona Hania, obecnie profesor diabetologii, wywodząca się z robotniczej rodziny, również jest człowiekiem sukcesu. Chłopiec z ogoloną głową, który hodował króliki i pasał kozy na wsi, jest obecnie profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz członkiem krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych, z uniwersyteckim doktoratem „Honoris Causa”. Czy to nie jest sukces? (uśmiech).

A.K., M.S.: Oczywiście!
A.D.: Mam z tego wielką satysfakcję. Nie było dla mnie ważne, jaki mógłbym mieć stan konta bankowego; ważne i istotne jest to, czy na starość będę mógł w dobrej kondycji psychofizycznej cieszyć się satysfakcją z osiągnięć, rankiem radować się wschodem słońca, swobodnie się poruszać, korzystać z dóbr, na które zapracowałem podczas mojej aktywności zawodowej. I żebym do „setki” wiedział, jak się nazywam i pamiętał drogę powrotną do domu. Właśnie to jest ważne, a nie dobra materialne, i tę myśl pragnę przekazać wszystkim młodym ludziom. Chciałbym, aby z tego wywiadu wyniknęło również to, że starzy lekarze, którzy pamiętają okres wojny i czasy po wojnie, nie mogą zaakceptować tej bezkrytycznej pogoni obecnej generacji lekarzy za pieniędzmi. To jest niemądre! Bo jak już ci lekarze dorobią się milionów, to co im z tego przyjdzie? Nic! Bo wpadną w nałóg zarabiania do późnej starości; zanim dojdą do wniosku, że już są wystarczająco bogaci, będą zmęczeni i niezdolni do czerpania radości z życia.

M.S.: Satysfakcja – to jest tak zwane najwyższe dobro niematerialne. Pierwszy obserwator motywacji w pracy człowieka, Abraham Maslow, w 1981 roku sklasyfikował wartości, dla których ludzie wiążą się pracą lub poświęcają swój czas i energię pewnym działaniom poza sprawami bieżącego życia. I to on właśnie satysfakcję postawił na szczycie hierarchii potrzeb człowieka.
A.D.: Zgadzam się! Z żoną chcemy być zdrowi, sprawni, zadowoleni. I oboje mamy satysfakcję z naszych dokonań (uśmiech).
H.D.: Mąż i ja jesteśmy ludźmi, którzy przeżyli drugą wojnę światową, i dla których rozpoczęcie życia po wojnie było czymś zupełnie innym niż rozpoczynanie życia przez dzisiejszych młodych, wykształconych ludzi. Oboje po wojnie byliśmy dziećmi, które w 14. roku życia były już dorosłe. Był inny start, inne doświadczenia, inne priorytety. Mieliśmy szczęście, że wyszliśmy z wojny bez kalectwa. Byliśmy zdrowi;  wytrwałością i pracą organiczną zapracowaliśmy na  status profesorski: mąż w kardiochirurgii, a ja w pediatrii. Panie też wdrażają coś nowego do medycyny. Chcą uczyć czegoś nowego, innego systemu dobierania pracowników, innego języka rozmowy z pacjentami, innego poziomu i sposobu świadczenia usług.
A.D.: I panie pokazują, że należy starać się utrzymać humanizm w naszym drapieżnym kapitalizmie!