Strona główna WYWIAD Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Oboje urodzili się w 1931 r. On w Wielkopolsce w rodzinie chłopskiej, Ona w Warszawie w rodzinie robotniczej. Poznali się przez przypadek podczas pierwszego roku studiów medycznych w Czechach. Oboje uzyskali tytuły profesorskie, lecz z różnych dziedzin medycyny. Obecnie przebywają na zasłużonej emeryturze. Sami mówią o sobie, że są ludźmi sukcesu. Dzięki ciężkiej pracy, ambicji i pasji do tego, co robili, osiągnęli bardzo wiele, zarówno na polu naukowym, jak i zawodowym.

3213
PODZIEL SIĘ

dziatkowiak3

A.K.: Psychologia i zarządzanie w medycynie są bardzo ważne. Pani Profesor również zajmowała się kształceniem m.in. lekarzy właśnie pod tym kątem?
H.D.: Za czasów swojej działalności w dziedzinie diabetologii wykształciłam pod tym kątem lekarzy, asystentki dietetyki, psychologów. Zorganizowałam trzy kursy, w tym kurs na 120 osób, na który przybyło 8 wykładowców profesorów diabetologów z USA. Byłam jedną z założycielek Diabetologicznego Towarzystwa Dziecięcego. Celem było, aby każdy lekarz diabetolog mówił do pacjenta tym samym językiem. Najważniejsze w leczeniu każdego pacjenta jest spojrzenie na niego kompleksowo, poświęcenie należnego mu czasu, analiza od początku do końca. Chory na cukrzycę wymaga tego przez całe życie, którego jakość i długość zależy od rozsądku pacjenta oraz od troskliwości jego lekarza i rodziny.


Najważniejsze w leczeniu każdego pacjenta jest spojrzenie na niego kompleksowo, poświęcenie mu czasu, analiza choroby od początku do końca


M.S.: Każdy człowiek staje się bardziej wartościowy, gdy z wiekiem dochodzi do pewnych wniosków, do których młodzież nie jest w stanie dojść. Mam też wrażenie, że współcześni młodzi lekarze jeszcze mniej się zastanawiają niż na przykład pokolenie Pana Profesora. Dostrzegają Państwo tę różnicę?
A.D.: Jest różnica. W medycynie dokonał się ogromny postęp, również – a może głównie –  technologiczny. Dla przykładu: gdy do mnie przychodził do gabinetu pacjent, miałem tak ustawione biurko i fotel, że w momencie przekroczenia przez niego progu mogłem na niego spojrzeć całościowo: na jego zachowanie, ruchy, wygląd. Po tym, jak on siada, zaczyna mówić, jak oddycha – miałem już częściowe rozpoznanie. Dzisiaj, jak pacjent przychodzi do lekarza, to często nie ma między nimi kontaktu wzrokowego, ponieważ lekarz wpatrzony jest w komputer i wprowadza dane dla Narodowego Funduszu Zdrowia, zamiast obserwować, rozmawiać i badać pacjenta. Jeżeli w dzisiejszych czasach lekarz ma góra 15 minut na zebranie od niego wywiadu, na dokładne zbadanie, postawienie rozpoznania i wypisanie recept, to nie jest w stanie tego rzetelnie wykonać! To jest okrutna industrializacja medycyny ze szkodą dla pacjentów i zniechęcająca lekarzy. A poza tym nowe techniki i technologie diagnostyczne są niewątpliwym osiągnięciem, one też wyparły badanie lekarskie, które jest podstawą naszego zawodu. Dzisiaj na wejściu lekarz zleca badania USG, NMR i inne zamiast wpierw opukać i osłuchać pacjenta. Nie słucha, ponieważ nie nauczono go tego na studiach, co ma usłyszeć!

A.K.: Całościowe podejście do pacjenta to niezwykle zdrowe podejście i trzeba je propagować.
H.D.: Nie może być innego podejścia! Jednak od czasu reformy służby zdrowia w Polsce podejście całościowe do pacjenta jest, niestety, coraz rzadsze. Wynika to z wcześniej wspomnianej przez mojego męża kapitalistycznej służby zdrowia. Dawnej, mimo że nie na tak wysokim poziomie, bo nie było tylu metod diagnostyki czy lekarstw, to jednak całościowe podejście do pacjenta było normalne i obowiązkowe oraz dawało całkiem niezłe efekty.

M.S.: Jak w takim razie nazwać dzisiejszą medycynę?
H.D.: To jest kadłubek nowoczesnej medycyny! Na Zachodzie również jest taki system lecznictwa.

A.K.: Wracając do osiągnięć: ile operacji Pan Profesor wykonał?
A.D.: Podczas mojej 50-letniej praktyki zawodowej wykonałem ponad 30 tysięcy operacji, głównie na sercu. Zacząłem wykonywać drobne zabiegi chirurgiczne już jako student medycyny w Poznaniu.

M.S.: Niesłychane! Kto by dzisiaj pozwolił studentowi operować?!
A.D.: Wtedy, po wojnie, w latach 50. było bardzo mało lekarzy, zwłaszcza chirurgów – zginęli na wojnie. Z wojennej tułaczki wrócili lekarze-inwalidzi. Poszkodowani mentalnie i fizycznie. Jako młody chirurg byłem w szpitalu na tzw. ostrym dyżurze jedynym lekarzem chirurgiem na 400 tysięcy mieszkańców Poznania, a szef dyżuru – ordynator, przeważnie… odpoczywał po całodziennej pracy przy stole operacyjnym.

A.K.: Jaki przypadek medyczny najbardziej Pan Profesor zapamiętał ze swojej pięćdziesięcioletniej kariery kardiochirurga?
A.D.: Najciekawsze przypadki to te, które dały mi najbardziej „w kość”. To były trudne przypadki i było ich sporo. Spektakularny był przeszczep serca. Pierwszy taki zabieg wykonałem w Krakowie w 1988 roku. Wiedziałem, że jak się ten przeszczep uda, to mam szansę rozwijać się dalej w Krakowie, a jak się nie uda, to pozostanie mi tylko spakować się i wynieść. Podczas przeszczepu są dwa przełomowe momenty. Pierwszy to wyjęcie chorego serca i przełożenie go do chirurgicznej misy. Drugi jest wówczas, gdy podają mi drugie serce, nowe, gotowe do wszczepienia. Pomiędzy jednym a drugim etapem spojrzałem w klatkę piersiową pacjenta i zobaczyłem… jamę, czeluść, dziurę. Na stole operacyjnym leżał człowiek dosłownie bez serca! To było mocno szokujące przeżycie.

A.K.: Czy przeszczep serca to trudny i czasochłonny zabieg w kardiochirurgii?
A.D.: Wbrew pozorom to nie jest dużo pracy. Przeszczepianie trwało około 40 minut. Mówi się, że przeszczep serca jest czymś nadzwyczaj trudnym. Nieprawda! To jest zwykła chirurgiczna praca, grube szycie na okrętkę. Trzeba wiedzieć tylko, co z czym zespolić i zrobić to dobrze, zeszyć szczelnie, by po operacji nie było krwawienia. Prowadzenie pooperacyjne i leczenie immunosupresyjne w celu zapobiegania odrzuceniu przeszczepionego serca – to potem jest majstersztyk. Utrzymanie pacjenta z nowym sercem w dobrej kondycji przez dziesięciolecia – to jest trudne zajęcie dla wytrwałych fachowców transplantologów. Natomiast otoczka emocjonalna towarzysząca transplantacji serca, zarówno w zespole wykonującym zabieg, jak i u wszystkich odbiorców z zewnątrz jest niezwykła. To wydarzenie w swej istocie jest niezwykłe… pod względem medycznym i filozoficznym.

M.S.: Przeszczep serca to był wielki sukces?
A.D.: Z jednej strony jest on klęską medycyny – przeszczepiamy serca, bo nie potrafimy do dzisiaj niektórych chorób mięśnia sercowego wyleczyć. Z drugiej strony jest to bezczelność i arogancja kardiochirurga w stosunku do Stwórcy! Bo kto człowieka upoważnił, żeby dzieło Boga korygować, tak, żeby wyjąć „siedlisko duszy” i zamienić na inne? Dokonany przeszczep jest dowodem na to, że chirurg jest agresywnym intruzem, który  wszedł w kompetencje Stwórcy. Podążając dalej tym tokiem myślenia, pytam: kto dał prawo chirurgowi do podejmowania decyzji o tym, kto ma żyć, a kto ma umrzeć? Podobnych pytań można stawiać wiele.