Strona główna WYWIAD Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Osobowości medycyny: Hanna i Antoni Dziatkowiak

Oboje urodzili się w 1931 r. On w Wielkopolsce w rodzinie chłopskiej, Ona w Warszawie w rodzinie robotniczej. Poznali się przez przypadek podczas pierwszego roku studiów medycznych w Czechach. Oboje uzyskali tytuły profesorskie, lecz z różnych dziedzin medycyny. Obecnie przebywają na zasłużonej emeryturze. Sami mówią o sobie, że są ludźmi sukcesu. Dzięki ciężkiej pracy, ambicji i pasji do tego, co robili, osiągnęli bardzo wiele, zarówno na polu naukowym, jak i zawodowym.

2883
PODZIEL SIĘ

M.S.: W jakim stopniu to właśnie chirurg decyduje w kwestii, kto ma żyć, a kto nie?
A.D.: Chirurg musi decydować. Bo jak nie on, to kto? Prezydent, premier, związki zawodowe, sąd, ksiądz? Załóżmy, że mamy pięciu biorców w klinice, którzy są zakwalifikowani prawidłowo do przeszczepu serca i więcej niż kilka tygodni nie przeżyją. Wszyscy mają tę samą grupę krwi i jest tylko jeden dawca. Chirurg decyduje, któremu dać. Nikt go w tym trudnym wyborze nie zastąpi. Kiedyś była nawet w telewizji świetna sztuka na ten temat: „W roli Boga”.

A.K.: Panie Profesorze, ile lat miał najmłodszy pacjent, który leżał na Pańskim stole operacyjnym?
A.D.: Operowałem dzieci z wadami wrodzonymi serca w Poznaniu i w Łodzi. Najmłodszy pacjent miał 5 lat. Było to już na tyle duże dziecko, że mogliśmy je podłączyć do krążenia pozaustrojowego stosowanego u dorosłych. Była to taka sama maszyna jak dla „dorosłych”, tylko dreny były cieńsze. Nie zajmowałem się natomiast noworodkami i małymi dziećmi, mimo że jest to, z uwagi na doskonałą podatność tkanek, najwdzięczniejsza kardiochirurgia.

M.S.: Czy z perspektywy czasu uważa Pan Profesor, że rodzice/opiekunowie dzieci w takich sytuacjach są trudni dla lekarza?
A.D.: Nigdy nie miałem konfliktu z rodzinami i z najbliższymi pacjenta. Zawsze byłem otwarty. A wyniki w kardiochirurgii mogą być naprawdę różne. Nawet jak musiałem powiedzieć najbliższym o śmierci, zawsze mówiłem prawdę. Dla mnie rodziny nie stanowiły problemu. Starałem się im pomóc, ale jednocześnie zawsze mówiłem prawdę. Należy ją powiedzieć w taki sposób, aby pacjentowi nigdy nie odebrać nadziei.
H.D.: Trzeba też przede wszystkim pamiętać o tym, aby mówić prawdę porcjami, nie wszystko naraz. I w taki sposób, aby pacjent czy rodzina mogli to udźwignąć.


Prawdę należy powiedzieć w taki sposób, aby pacjentowi nigdy nie odebrać nadziei


A.K.: Czy stojąc przy stole operacyjnym, u boku Profesora Jana Molla, podczas pierwszego przeszczepu serca, czuł Pan Profesor, że uczestniczy poniekąd w tworzeniu Historii Polskiej Kardiochirurgii?
A.D.: Absolutnie nie! Wszystko, co się w polskiej kardiochirurgii działo w latach 50. i 60., to była wielka nowość. Nie dało się wdrożyć do końca amerykańskich osiągnięć w Polsce, głównie ze względu na brak sprzętu. Nikt wtedy nie myślał, że jest to coś przełomowego; wykonywaliśmy po prostu na bieżąco swoje obowiązki i poszukiwaliśmy własnych, na miarę naszych skromnych możliwości, rozwiązań.

M.S.: Mam wrażenie, że ten, kto zaczyna budować historię, zdaje sobie z tego sprawę, kiedy już to zrobi. Trudno też określić, który krok można nazwać momentem przełomowym.
A.D.: Tak jest ze wszystkim. Ludzie nieprawdopodobnie zaangażowani w jakąś dziedzinę nauki, angażując swój czas, całą swoją wyobraźnię, siłę i środki, często nie wiedzą, że tworzą rzeczy przełomowe. Jednak nie robią tego po to, żeby to było przełomowe – to po prostu staje się przełomowe, bo tego dokonali. Geniusz nigdy nie wie, że jest geniuszem.


Geniusz nigdy nie wie, że jest geniuszem


A.K.: Co robić, aby osiągnąć sukces w medycynie?
A.D.: W każdej dziedzinie medycyny praca musi być oparta na wiedzy i dobrze zorganizowanej, rzetelnej pracy. Jeżeli tego nie będzie i pójdziemy na skróty, niczego pożytecznego nie dokonamy. Jeżeli młodzi ludzie będą widzieć, że szef jest w pracy zorganizowany i wpierw wymaga od siebie, a następnie od zespołu, jest pierwszy w pracy i ostatni wychodzi, to będą rzetelnie z nim pracować. Jeżeli dodatkowo będą widzieli szansę rozwoju, żeby być lepszymi od szefa, to jeszcze lepiej. Wymaga to jednak żelaznego zdrowia i odpowiedniej organizacji pracy, wielkopolskiej wytrwałości, odporności i konsekwencji. Tę cechę poznaniaków niektórzy z przekąsem nazywają poznańskim drylem (uśmiech).
H.D.: Sukces w medycynie nie zawsze zależy tylko od samego lekarza. Zależy również od sytuacji, w której się on znajduje. Myślę, że sukces zależy od tego, jakie podejście ma lekarz do pacjentów, w jakim stopniu sam jest wykształcony, jak bardzo podąża za postępem i jak bardzo może choremu pomóc. A przede wszystkim najważniejszy jest pacjent jako podmiot lekarskiego działania.

A.K., M.S.: Dziękujemy za rozmowę.
H.D., A.D.: My również dziękujemy.