Strona główna WYWIAD Zarządzający w medycynie: Andrzej Sokołowski, Siła głosu prywatnych szpitali

Zarządzający w medycynie: Andrzej Sokołowski, Siła głosu prywatnych szpitali

Andrzej Sokołowski – Prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Prywatnych. Prezes zarządu Centrum Rehabilitacji i Odnowy Biologicznej w Gdyni Orłowie. W 2008 r. uhonorowany tytułem Menedżer Roku w Ochronie Zdrowia. Wiceprzewodniczący Gdańskiej Izby Lekarskiej w III kadencji samorządu. W wywiadzie z Magdaleną Szumską mówi o rozwoju sektora prywatnych usług medycznych, trudnościach systemowych, wymagających pacjentach, rozwoju telemedycyny, a także chwali poprzedni system kształcenia pielęgniarek i gani współczesną politykę.

1680
PODZIEL SIĘ

Ciechocinek też jest piękny.
I Ciechocinek jest piękny, i taniej na pewno jest niż gdzie indziej. Jeżeli tak się policzy, to rzeczywiście turystykę medyczną mamy super rozwiniętą. Natomiast moi koledzy, z którymi się spotykam w zarządzie europejskim, zupełnie inaczej rozumieją turystykę medyczną. To jest przemysł, gdzie są szpitale, hotele, operatorzy medyczni. Ktoś pacjenta odbiera z lotniska, ktoś go wozi, zajmuje się jego rodziną. W Turcji tak to zorganizowali, że utworzyli specjalne biuro, które załatwia nawet bilety lotnicze. Może zdarzyć się przecież sytuacja, że pacjent się lepiej rehabilituje i można go wysłać do domu już w poniedziałek, a nie w środę. Z dnia na dzień trzeba przełożyć lot. I robi to tureckie biuro, które korzysta z umowy między organizacją turystyczną a Turkish Airlines. Linie lotnicze od ręki przekładają lot, mało tego – jeżeli pacjent wykaże, że został zoperowany, to dostanie zwrot połowy ceny biletów. Natomiast jeżeli leci na zabieg z bliskimi, to rodzina kupując bilet ma 30% rabatu. Wszystkim się to opłaca i Turcja z tego zrobiła przemysł, a teraz z tych wszystkich wizyt ciągnie potężne podatki. Gdybyśmy my w Polsce rozwinęli turystykę medyczną, to moglibyśmy zamknąć to nierentowne górnictwo i płacić górnikom emeryturę.

Z tychże pieniędzy.
Z tychże pieniędzy, z ochrony zdrowia. Tylko trzeba by najpierw posłów, decydentów, przeciągnąć przez Turcję i parę innych miejsc. Rozbrajające było, co usłyszałem od jednego z posłów – że jeżeli sprywatyzuje się szpitale, to biedni i bezdomni będą umierać pod bramami szpitali. To było kuriozum myślenia politycznego. Przecież jeżeli państwo realizowałoby swoją misję i dział ubezpieczeń pomocy społecznej, który tak naprawdę już często istnieje tylko na papierze, działałby, to bezdomny byłby najlepszym klientem szpitala! Jeżeli pomoc społeczna, tak jak w wielu krajach, na przykład w Anglii, byłaby gwarantem płatności, to myślę, że moi koledzy otworzyliby w wielu miastach prywatne szpitale tylko dla bezdomnych. Tam by ich kąpali i diagnozowali, opiekowali się. Bo jeżeli państwo zobowiązało się, że w ramach opieki społecznej przeznacza pieniądze na tych ludzi, to czego się obawiać? Że będą umierali pod bramami szpitali? Wręcz odwrotnie. Ja bym się na miejscu bezdomnego bał, że mnie wciągną do szpitala. Wykąpią, wymyją, naprawią zęby, wstawią rozrusznik i wypuszczą, żeby wystawić rachunek państwu. W związku z tym to myślenie polityków jest zupełnie absurdalno-abstrakcyjne. Niestety to się potem nakręca, że prywatny to tylko patrzy na zysk.

Nadaje się słowu „prywatny” pejoratywności. A jak wyglądały początki Pana zainteresowania turystyką medyczną?
Siedem lat temu byłem pytany czy są szanse, że ściągniemy do Polski pacjentów, czy w ogóle jest możliwość wymiany. Wtedy byłem przekonany, że nie, bo taka była sytuacja w Europie, nikt nie wyjeżdżał zagranicę. Miałem zresztą dobrego doradcę, z którym rozmawialiśmy, że tych turystów, pacjentów brytyjskich ciężko zachęcić, bo są przyzwyczajeni do tego, że pielęgniarka mówi w języku angielskim. Minęło parę lat i okazało się, że Anglicy, Francuzi jeżdżą się leczyć w innych krajach. Zrobiła się śmieszna sytuacja – Francuzi wyjeżdżają gdzieś, podczas gdy do ich szpitali przyjeżdża kto inny. Ubezpieczalnie francuskie zorientowały się, że w Hiszpanii czy Turcji są ośrodki medyczne, gdzie lekarze mówią biegle po angielsku czy francusku, bo odbyli kursy we Francji czy Stanach Zjednoczonych, mają w tych krajach sieć kontaktów, a leczenie tam jest tańsze niż we Francji, a często jeszcze o szerszym zakresie. W ten sposób towarzystwo ubezpieczeniowe oszczędza pieniądze.

Turystyka medyczna jest de facto taką furtką do rentowności szpitali?
Dokładnie. To wielka szansa na rozwój szpitali.

Jak Pan sądzi, ile nam brakuje lat, żebyśmy faktycznie mogli mieć rozwiniętą turystykę medyczną, żeby podmioty zarabiały na pacjentach-turystach?
To kwestia decyzji politycznej. Państwo musiałoby zainwestować, przeznaczyć na to określone pieniądze w określonym czasie i utworzyć nowe sektory gospodarki, które w założeniu mają przynieść nam potem określone pieniądze. Jakie? Można policzyć – trzeba posadzić ekonomistów i pokazać im, jak to się odbywało w innych krajach. To jest do zrobienia. Trzeba stworzyć model, włożyć pieniądze i czekać 15 lat. Trochę ziemi, trochę wody, trochę nawozu, jedna sadzonka i rośnie. 15 lat i wyrośnie.

Niektóre drzewa też owocują dopiero po 15 latach, ale warto je sadzić.
Warto. Tylko jak rozmawiać z politykiem o tym, co będzie za 15 lat, jeśli on mówi, że nie jest zainteresowany, bo przez tyle lat już go dawno wyrzucą? On jest zainteresowany, żeby dzisiaj się pokazać jak najlepiej.