Strona główna WYWIAD Zarządzający w medycynie: Andrzej Sokołowski, Siła głosu prywatnych szpitali

Zarządzający w medycynie: Andrzej Sokołowski, Siła głosu prywatnych szpitali

Andrzej Sokołowski – Prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Prywatnych. Prezes zarządu Centrum Rehabilitacji i Odnowy Biologicznej w Gdyni Orłowie. W 2008 r. uhonorowany tytułem Menedżer Roku w Ochronie Zdrowia. Wiceprzewodniczący Gdańskiej Izby Lekarskiej w III kadencji samorządu. W wywiadzie z Magdaleną Szumską mówi o rozwoju sektora prywatnych usług medycznych, trudnościach systemowych, wymagających pacjentach, rozwoju telemedycyny, a także chwali poprzedni system kształcenia pielęgniarek i gani współczesną politykę.

2089
PODZIEL SIĘ

Jak wyznacza Pan kierunek rozwoju Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Prywatnych?
Patrzę na sytuację Polski na tle Europy. Kiedy zaczynałem działalność, kiedy zebrałem pierwsze kilkanaście szpitali, tworząc Stowarzyszenie, odwiedzałem różne kraje, porównując jak tam działa system ochrony zdrowia. Na przykład w Szwecji o prywatnych szpitalach w ogóle się wtedy nie mówiło. Podczas wizyty w tym kraju oglądałem szpital w Kalmarze – pusty, potężny obiekt. Takich obiektów było w Szwecji wiele, a państwa nie było stać na ich utrzymanie. Dziś część z tych budynków została przerobiona na prywatne szpitale. Świat się zmienił na moich prezesowskich oczach (śmiech). Zaczęła się prywatyzacja w Niemczech, bo był taki okres, że Niemcy razem ze Szwecją były krajem socjalnym, z klinikami publicznymi. I nagle okazało się, że w 2006 r. dwie kliniki uniwersyteckie zostały sprzedane… Od tej pory zaczął się ruch w kierunku sektora prywatnego.

sokołowski3

Obserwuje Pan system opieki zdrowotnej w obszarze prywatnym właśnie od tego momentu?
Obserwuję ten ruch od co najmniej 15-20 lat. I widzę, jak na moich oczach we wszystkich krajach europejskich ochrona zdrowia przesuwa się w kierunku sektora prywatnego. Oczywiście poza Grecją, gdzie sektor jest słaby, ale tam polityka państwowa była podobna do polskiej – „pchać” w sektor publiczny, we własne administracje, publiczne zakłady, publiczne fabryki, publiczne szpitale… No ale Grecy przekonali się na własnej skórze, jakie są tego konsekwencje.

Nam w Polsce też to grozi?
Może nie, dlatego że – w przeciwieństwie do Grecji – płacimy podatki i mamy z czego je płacić. Grecy w sektor publiczny wpompowali pieniądze unijne i potem nie mieli ich z czego zwrócić, bo nie płacili podatków. Na żadnej greckiej wyspie nie dostanie Pani kwitka kasowego, paragonu, tylko ewentualnie zapiski na śniadaniowej serwetce i to na życzenie. W Polsce wszyscy płacimy podatki regularnie, więc może tak źle nie będzie.

ROLA I IMPAKT OGÓLNOPOLSKIEGO STOWARZYSZENIA SZPITALI PRYWATNYCH
Czym się Pan zajmuje jako prezes Stowarzyszenia?
Często rozmawiam w imieniu Stowarzyszenia z posłami, dziennikarzami, politykami. Z politykami rozmawia się trudno, sprawiają wrażenie, że to, co się do nich mówi jest w obcym języku, jest niezrozumiałe. Zawsze mają jakieś wytłumaczenie, że czegoś nie można zrobić.

Spytam zatem o cel istnienia Stowarzyszenia.
Całe Stowarzyszenie zajmuje się wieloma rzeczami. Zbieramy dane o systemie, żeby stworzyć możliwość zdobywania pieniędzy. Budujemy siłę ekonomiczną. Dzięki naszym informacjom członkowie będą mogli pokazać w banku czy w funduszu inwestycyjnym, jak wygląda ich rentowność na tle sektora prywatnego i publicznego; dostarczymy im większość dokumentacji. To jest jedna rzecz. A druga to grupa zakupowa, która pozwoli obniżyć koszty działania szpitali prywatnych. Po trzecie poszukujemy inwestorów za granicą. Dalej, oferujemy naszym członkom platformę wymiany informacji. Na naszych zjazdach, na kongresach możliwość rozmów w kuluarach jest, jak obserwuję, często cenniejsza niż wykłady, które prowadzimy.

Takie rozmowy to wymiana wiedzy, której – według Pana – nadal jest zbyt mało w wersji otwartej?
Koledzy wymieniają się informacjami odnośnie do funkcjonowania swoich ośrodków, metod postępowania z miejscową administracją, z NFZ - tem. Opowiadają komu się coś udało, na co wpadli prawnicy z jednego szpitala, a z innego nie. Wreszcie wszyscy próbujemy zrobić coś, czego państwo nie zrobiło, a mianowicie wprowadzamy do naszych szpitali wspólny system informatyczny. Wybraliśmy firmę, która wydawała się nam, przynajmniej zarządowi, spełniającą wymogi, jakie stawialiśmy dla systemu informatycznego dla sektora prywatnego. Chciałbym, żeby nasz system działał lepiej niż eWUŚ, do którego połowa przychodni nie ma jeszcze ciągle dostępu. A powinna być możliwość ściągnięcia do danego szpitala, danej przychodni, pełnych informacji o pacjencie!

Czy nie spowoduje to ryzyka przechwycenia danych pacjenta przez hakerów?
Nie. Podobny system działa sprawnie w Niemczech. Niemiecki pacjent może pochodzić z Monachium, a leczyć się w Hamburgu. W centrum kraju jest specjalna firma, która zajmuje się kluczowaniem systemu. Dane medyczne, idąc drogą internetową, są dzielone na fragmenty, którym przyznane są różne klucze. Co parę sekund te klucze się zmieniają, w związku z tym żaden haker tego nie wyłapie. Można przesłać w ten sposób wrażliwe dane do jednostki w drugim końcu Niemiec! I to funkcjonuje. Taki system powinno zbudować państwo, ale połowa polskich posłów nie słyszała o czymś takim nigdy w życiu. W związku z tym nie wiedzą nawet, co trzeba by stworzyć. Natomiast my znaleźliśmy firmę, która buduje fajny, niedrogi program, łatwy do zmiany. Kupują go kolejne nasze szpitale, zaczynamy tworzyć komplementarny system informatyczny.