Strona główna PASJE MEDYCYNY Złombol. Moje inne życie

Złombol. Moje inne życie

Złombol to wyjątkowa wyprawa samochodami komunistycznej produkcji lub konstrukcji. Rajd wszędzie wzbudza pozytywne emocje, a w załogach adrenalinę. Bo osiągi typu 120 km/h są akcjami zapierającymi dech w piersiach.

2457
PODZIEL SIĘ

Jakie są Pana wspomnienia ze Złombolu?
Po pierwsze Złombol jest spotkaniem pozytywnie zakręconych ludzi, którzy chcą przeżyć to samo, co ty, czyli sami siebie wzajemnie nakręcacie, zmierzając się z przeciwnościami losu i techniką, która jest złośliwa i lubi się psuć. Drugie to to, że wszystkie stereotypy, zwłaszcza w tych wschodnich krajach, można bardzo łatwo złamać. Na przykład Rumunia, która stereotypowo źle się kojarzy, w rzeczywistości jest krainą bardzo szczerych ludzi, którzy zawsze służą pomocą. Właśnie z Rumunii miałem najbardziej pozytywne wspomnienia i największą pomoc.

Złombol oznacza jazdę razem do jakiegoś celu, aby wspólnie rozpalić ogień i przyrządzić kolację?
Tak, to się zdarza, choć nie ma przymusu. Podczas tej wyprawy starych aut (uśmiech) każdy pomaga sobie nawzajem. Więcej radości sprawia pomoc niż bycie pierwszym na mecie bez żadnych przygód.

Jaką maksymalną prędkość osiągają samochody na trasie?
Trudno powiedzieć. Są samochody, które mają silnik rovera. Są to konstrukcyjnie komunistyczne samochody, ale ludzie tak się przygotowują, że dorzucają silniki od mercedesów i innych samochodów, i wtedy jadą ponad 180 km/h. A tak naprawdę to nie o to w tym wszystkim chodzi. Prędkość maksymalna nic nie znaczy. Bardziej można pochwalić się prędkością minimalną, bo są takie załogi, które jadą żukami, osiągając maksymalną prędkość 55 km/h. Pod górkę o wiele mniej i bajecznie się tym bawią.

Złombol4

Uczestnicy rajdu spotykają się ze sobą na trasie?
Tak. Cała idea Złombola polega na tym, że w ciągu czterech czy pięciu dni, w zależności od edycji, każdy dzień jest kończony tak zwanym domowym ogniskiem, gdzie wszyscy się spotykają, nie jest to punktowane jako zakończenie etapu rajdu. Jest to miejsce spotkań, wrażeń, przeżyć, naprawienia czegoś w samochodzie, odprężenia się przed kolejnym dniem. Bądźmy szczerzy, jeśli trzeba przejechać w jeden dzień 500-600 km samochodem, którego średnia prędkość nie przekracza 80 km/h, to trzeba spędzić wiele godzin za kółkiem. Proszę pamiętać, że jest to samochód, w którym jest bardzo głośno, gorąco, wszystko trzeszczy, często trzeba sprawdzać olej, coś zmieniać itd. To wszystko długo trwa.

Bez klimatyzacji?
Nie ma klimatyzacji, jest nastrój (uśmiech).

Czy miał Pan wyjątkowe przeżycie w czasie historii Złombolu?
Tak, byliśmy wtedy w Rumunii. Z drogi asfaltowej skręciliśmy w jakąś poboczną, utwardzaną. Wpadliśmy na świetny pomysł, że na takiej drodze można zrobić slalomy. Okazało się, że przy większych uderzeniach stara, przerdzewiała konstrukcja nie dała sobie rady. Po wyjechaniu na drogę asfaltową zorientowaliśmy się, że w samochodzie stuka coś bardziej niż zwykle. Uznaliśmy, że w takim stanie już dalej nie dojedziemy. Szukaliśmy więc mechanika. Znaleźliśmy, ale uzmysłowił nam, że potrzebny jest spawacz. Szukaliśmy więc dalej, nikt nie chciał nam pomóc ze względu na to, że bali się naszej instalacji gazowej. W prawie każdym samochodzie, który bierze udział w rajdzie instaluje się gaz, ponieważ zmniejsza to koszty zużycia paliwa. Pech chciał, że nasza instalacja znajdowała się zaraz przy miejscu, w którym należało spawać. W końcu znaleźliśmy mistrza wszystkich mistrzów, znanego pewnie w całej okolicy, spawacza rumuńskiego, który za pozwoleniem swojego szefa, czyli żony, umówił się z nami na następny dzień. Nasz wybawiciel był dobrze przygotowany i trzeba przyznać, że był znakomitym spawaczem. Spawanie trwało łącznie pięć godzin. Podziękowaliśmy mu i podzieliliśmy z nim tym, co mieliśmy najlepszego z Polski, czyli wódką.